czwartek, 1 września 2011

1 - Pierwsza jazda.


No cóż... jakby to rzec, niby początki są trudne, ale myslałam, ze jak już wsiądę to będzie lepiej. Zacznijmy od początku. Instruktor sympatyczny (póki co...) - Jacek, okazało się ze znajomy brata koleżanki z pracy, no i mieszka w okolicy więc, możne czasami podjeżdżać po mnie na jazdy.... Jazda miała być godzinna, ale przez korki, L-ka przyjechała spóźniona (ja w tym czasie czekając walczyłam z zawałem serca) i zanim dojechaliśmy na miejsce, gdzie miał rozpocząć się mój trening  było już 20 minut mniej. Pierwszy szok, parking przy Lidlu (myślałam, że  instruktor weźmie mnie na plac manewrowy, zrobimy chociaż parę kółek, może ósemek?!?!- pewnie by mi to pomogło). Niestety, pokazał mi tylko co i jak, wiedzę teoretyczna już miałam, więc szybko się orientowałam. Potem kluczyk  i ruszamy..."aaa i teraz zwalniamy ręczny- czy mówiłem ci o ręcznym?" - mówi J....myślę - nieźle...a przecież mówiłam, że w życiu za kierownicą nie siedziałam. Wrażenia z siedzenia po stronie kierowcy...przed strasznie się stresowałam, jak już siadłam, nerwy odeszły, pełen luz...to pewnie wynik szoku;). Ruszamy. J. prosi żebym zrobiła parę kółek wokół czerwonej kostki na parkingu, bo ruszyć ruszyłam bez większych problemów...i tu zaczęło się...Nie jestem w stanie opanować kierownicy, w ogóle nie czuje samochodu, kręcę za dużo, nie wyrabiam się, ewidentnie przydał by się plac, pachołki i ósemki żeby to wyczuć, ale gdzie tam, dwa  wykonane miernie kółka, co prawda ani raz mi nie zgasł i Jacek mówi - "to z górki i włączamy się do ruchu". Tak naprawdę to w momencie włączania się do ruchu ja byłam tylko "figurantem" za kierownicą , jedyne co robiłam to włączałam kierunkowskaz no i gazem operowałam, bo kierownice mi ściągał J..Wjechaliśmy, znaczy on wjechał, na lewy pas i potem rondo...i tu wyszło moje nie wyczucie kierownicy...i głupie przeświadczenie że jest ona po to żeby nią kręcić jak jakiś szaleniec...Zupełnie nie czuje skrętów, kręcę za bardzo, albo za mało. Biegi ok, wrzucam, słyszę kiedy trzeba zmieniać, zresztą zmieniałam do 3ki. Opanowanie jazy prostym odcinkiem to jednak problem, nie wiem czy jadę w pasie ruchu , nie widzę, nie czuje... Krawężnik? jaki krawężnik ja nic nie widzę!. Dopiero pod koniec tej krótkiej jazdy "zatrybiłam", że nie należny KRĘCIĆ a delikatnie korygować... ale za nim doczekałam tego momentu, to zamieszałam coś  przy skręcie, Micra zjechała mi za bardzo na prawo, silnik zgasł prawie na środku, pomyliłam kierunkowskazy z nerwów i było ciekawie:(. Potem rondo i znowu nie umiejętność skręcania tym żelastwem, także J. jechał (trzymał kierownice)  a ja tylko tam byłam z noga na gazie. Światła, znowu on jechał, zakręt Jacek za kierownice, zakręt, strąbienie przez kogoś, wjazd na Statoil...raczej mojej inwencji w tym mało było... Koniec jazdy. Ogólnie jak wyszłam, nic mi się nie trzęsło, i jakoś żal mi było, że tak krótko....nie wiem czy to dobry sygnał. Parę godzin po, jakieś bezpodstawne samozadowolenie mnie zaczęło opuszczać. W nocy nie mogłam spać i doszłam do wniosku, że raczej marny ze mnie kierowca będzie,  nawet jazda po prostej okazała się być skomplikowana, bo auto ściągało na prawą , a zakręty czy zmiana pasa ruchu to w ogóle tragedia, a to przecież podstawa...Ech gdybym opanowała, na razie nie osiągalną dla mnie sztukę panowania nad torem jazdy, to już by z górki było. Poza tym, chyba na pierwszą jazdę to instruktor przekombinował z tymi skrętami i rondem, na początek to po prostej  chyba powinno być.. Nie wiem, może się nie nadaję? Jedni wsiadają i jada bez problemów...może .będą to pieniądze wyrzucone w błoto? Trochę przybita jestem:(. Na dzień dzisiejszy w skali 1-10 daje sobie  1, za to , ze w ogóle wsiadłam, a potencjalne szanse na zdany egzamin oceniam na 0,01%. W sobotę o 7:00 kolejna jazda...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz